Witaj! Logowanie Rejestracja


Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Title: Artykuły o Lechu w mediach
Tryb drzewa
#21
Na stacji pomalują.
We Wrocławiu nie raz to obserwuję ale może aż tak daleko nie zajedzie natomiast oni są zdolni się pofatygować dalej bo mają grupę od tego.
 
Odpowiedz
#22
No cóż. KW już do Wrocławia nie pojadą Big Grin nie wiem czy przez to czy przez nie dogadanie się z między województwami. Jak ktoś go zniszczy to KW naprawią takie życie nic z tym nie zrobimy. A znając życie będzie jeździł na bezpiecznych kierunkach. A sama akcja z pociągiem mega na plus Smile
 
Odpowiedz
#23
Dzisiaj widziałem na własne oczy, wracał z kierunku Wrześni. Przepiękny.
 
Odpowiedz
#24
Ciekawy artykuł popełnił Szymon Janczyk na Weszlo:

Lech i rekrutacja trenerów. Jak zatrzymał Frederiksena i zbudował struktury?


Gdy Polska debatowała nad przyszłością Nielsa Frederiksena i sensem przedłużenia z nim umowy, Lech Poznań był w zasadzie pewny, że współpracę warto kontynuować. Wewnętrzne liczby wskazywały na rozwój w każdym obszarze, analizy dowodziły, że lepszego kandydata na trenera nie będzie. Plan A zakładał, że trener zostanie w klubie, który wzmocni jego sztab i zadba o wejście na wyższy poziom. Tak właśnie się stało, ale jak do tego doszło?
Bartłomiej Grzelak, szef działu naukowego Lecha Poznań, uchodzi za jedną z najważniejszych osób w klubie. Pewnie nie zgodzi się z takim określeniem, ale skoro w Wielkopolsce "nie chcą uprawiać storytellingu", to osoba, która odpowiada za dane tworzące narrację pełną faktów i konkretów, musi być na piedestale. Gdy kilka dni po ostatnim meczu sezonu rozmawiamy w pokoju, który zajmuje na stadionie, tłumaczy kulisy procesu wyboru trenera. 
Wyboru, bo przecież Lech szykował równolegle dwa scenariusze. Jeśli nie udałoby się zatrzymać Nielsa Frederiksena, gotowa była lista najbardziej zbliżonych do niego potencjalnych następców. Mistrz Polski był jednak zdeterminowany, żeby zatrzymać Duńczyka. W wielu rozmowach słyszałem, że kluczem do stabilnego, dynamicznego rozwoju jest unikanie gruntowych zmian.

Drugi argument za kontynuowaniem pracy był banalny. Niels Frederiksen po prostu wypadł najlepiej w szerokiej analizie potencjalnych trenerów. Nie było sensu niczego zmieniać.

Lech Poznań od kulis! Jak zatrzymał Nielsa Frederiksena i zbudował struktury klubu?

Widzę to, gdy Bartłomiej Grzelak na ekranie swojego służbowego laptopa wyświetla planszę-tarczę. To efekt końcowy pracy analityków, którzy na podstawie zaawansowanych, wewnętrznych modeli stworzyli wykres odzwierciedlający wymagania wobec szkoleniowca Lecha Poznań. Kto spełniał najwięcej z nich, najlepiej wypadał w liczbach, był najbliżej złotego środka. Kropka z napisem „Niels Frederiksen” znajdowała się właśnie tam, przy samiuśkim centrum tarczy.

Przeanalizowaliśmy w naszym systemie około 2000 kandydatów z 43 lig, biorąc pod uwagę ponad 400 zmiennych. Zbudowaliśmy głęboką bazę historyczną, obejmującą zarówno trenerów pracujących, jak i tych obecnie bez klubu czy dostępnych historycznie. Zbieraliśmy dane na temat zarządzania kryzysem, wskaźniki taktyczne, motoryczne czy efektywność w poszczególnych fazach gry. Skupiliśmy się na wszystkim, co tworzy realny profil szkoleniowca, a nie tylko na samych wynikach w tabeli.

Szef działu naukowego Lecha tłumaczy, że kontekstów i zmiennych jest naprawdę dużo. Dane bardzo mocno opisują trenerów pod kątem ofensywy, ale też faz przejściowych czy stałych fragmentów gry. Uwzględniają punktowanie przeciwko lepszym i słabszym zespołom z rozróżnieniem meczów domowych oraz wyjazdowych.

Te dane mają nas merytorycznie przygotować przed wyjściem na rozmowę. Każdy trener na rozmowie kwalifikacyjnej zadeklaruje, że stawia na wychowanków. My sprawdzamy faktyczny czas gry młodych piłkarzy, na ile stabilna była jego podstawowa jedenastka i co działo się z tymi zawodnikami w kolejnych sezonach. Profilowanie pozwala nam odsiać deklaracje od realiów – wyjaśnia dalej Bartłomiej Grzelak.

Analizowane dane są naprawdę szczegółowe. Raport o trenerze uwzględnia też intensywność pracy zawodników na poszczególnych pozycjach (nie chodzi tylko o pressing, lecz ogólny wysiłek meczowy), co pozwala sprawdzić, czy trener będzie pasował do drużyny, którą zastanie; czy będzie w stanie wdrożyć swoją filozofię.

Szukaliśmy trenera dopasowanego do naszych kryteriów i profilu zespołu walczącego o czołowe miejsca. Niels Frederiksen wypadł w tym modelu najlepiej. Nie chodziło wyłącznie o to, że zdobył dwa mistrzostwa, ale o maksymalizację szans na sukces w naszych warunkach – od stylu gry i pracy z młodzieżą, po szybkość wychodzenia z dołków formy

Lech trzymał się planu, trener korzystał z danych. Tak obronił mistrzostwo Polski

W grudniu, gdy mistrz Polski grał w Ołomuńcu z Sigmą, Piotr Rutkowski mówił na spotkaniu z mediami, że analiza pracy Nielsa Frederiksena pozwala im zachować spokój. Tomasz Rząsa w „Przeglądzie Sportowym” podkreślał, że „widział, że trener panuje nad sytuacją; wie, że zaraz będzie dobrze i tak samo uważają piłkarze”, bo „wyniki się nie zgadzały, ale w wielu parametrach prezentowaliśmy się dobrze”. Spójność przekazu podkreślił Karol Klimczak, który w rozmowie z Weszło stwierdził:

Wyniki nie były zadowalające, ale w liczbach wyglądało to ok, trendy były dobre. Wierzyliśmy, że jeśli damy mu czas, to zespół wróci na ścieżkę mistrzowską. I to się sprawdziło.

Po sukcesie zawsze łatwiej układać narrację pt. „Wiedzieliśmy”, lecz doskonale pamiętam, że to samo słyszałem w każdym momencie sezonu. Lech obrał kierunek na wspólną pracę nad poprawą poszczególnych parametrów, eliminowaniem zagrożeń. Trener wykazał się dużym zrozumieniem danych, które mu dostarczano i skutecznym wprowadzaniem poprawek, które pozwoliły obronić mistrzowski tytuł.

Staramy się okiełznać chaos, który jest w piłce nożnej. Dzięki nauce, nowej technologii, której używamy, wprowadzamy spokój. Trudne momenty, które mieliśmy w sezonie, przetrwaliśmy dzięki temu. Nie podejmowaliśmy nagłych, niezrozumiałych decyzji. Dla mnie to małe zwycięstwo - cieszył się Bartłomiej Grzelak

Tak faktycznie było. Największym sukcesem Lecha Poznań w minionym sezonie było to, że nie dał się porwać szaleństwu i nie zburzył wszystkiego, co wcześniej zbudował. 

Dlaczego Lech Poznań zatrzymał Nielsa Frederiksena? Ogromny postęp drużyny


To, że system wykazał, że Niels Frederiksen jest najlepszym trenerem dla Lecha Poznań, to jednak tylko składowa całego procesu. Duńczyk wciąż przecież mógł podziękować za współpracę i zacząć pracę w innym miejscu. On sam dostarczył klubowi argumentów swoją pracą natomiast w drugą stronę do pozostania w Lechu przekonały go konkretne argumenty:
  • zapisy w umowie, które stwarzają mu szansę na zmianę pracodawcy na z góry określonych zasadach;
  • ciągły progres klubu, co i jemu gwarantuje rozwój – klub jest zobowiązany do wykreowania odpowiedniego środowiska do realizacji założeń klubowej strategii;
  • wspólna wizja budowy kadry dającej realne nadzieje na grę w Lidze Mistrzów.
Co jednak stałoby się, gdyby Lech nie dogadał się z trenerem i musiał sięgnąć po nowe rozwiązanie? Gdy spotkałem się z Bartłomiejem Grzelakiem ciekawiło mnie to, ile sensu mają ich analizy w sytuacji, w której szkoleniowiec będący „ideałem”, odchodzi z klubu.
W Poznaniu byli przecież w uprzywilejowanym położeniu. Najlepszego kandydata wybrali dwa lata temu – to wtedy analiza pracy Nielsa Frederiksena w Brøndby wykazała ogromny postęp drużyny na poziomie intensywności, która stała się dla Lecha kluczem całej filozofii budowy zespołu i klubu. Był to krok słuszny: już w pierwszym roku pracy piłkarze bili rekordy motoryczne, a Mikael Ishak wykręcił wyniki biegowe, które zaskakiwały nawet jego samego, zdobywając w poprzednim sezonie aż 40 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej.

Zmiana reżimu pracy wiązała się z urazami, ale po dwóch latach zespół jest zaadaptowany do nowych realiów i wciąż idzie w górę. Poprzedni sezon to poprawa praktycznie wszystkich parametrów motorycznych świadczących o intensywności (sprinty, biegi HSR) w parze z poprawą wielu wskaźników gry, w tym najważniejszych: wyższe xG (2,22 vs 2,1) i niższe xGA (1,28 vs 1,45). Wykres Hudl StatsBomb udowadnia, że Lech grał tylko lepiej i lepiej.

Wygrywaliśmy trudne mecze na wyjazdach pod dużą presją. Potrafiliśmy odrabiać straty. Reakcje sztabu miały przełożenie na zawodników. Sprawdził się nasz sposób treningów przy tak napiętym terminarzu. Pracowaliśmy w taki sposób, że utrzymaliśmy poziom siłowy oraz motoryczny z poprzedniego sezonu i to zdecydowanie nasz atut. Nasze wnioski były słuszne i wypracowane mechanizmy działały. Jesteśmy zadowoleni przede wszystkim z obrony pola karnego i reakcji na straty. Na przestrzeni sezonu poprawiliśmy budowę akcji i mieliśmy mniej strat na własnej połowie niż jeszcze latem – wyliczał Tomasz Rząsa w „Przeglądzie Sportowym”.

Teraz wystarczyło „tylko” zatrzymać człowieka, który za to odpowiada, co mimo wszystko jest zadaniem łatwiejszym, niż znalezienie nowego.

Polski trener w Lechu Poznań? Tak oceniają Adriana Siemieńca

Głównie dlatego, że rynek trenerski jest uboższy w opcje. Jesteś w stanie sporządzić listę kilku, kilkunastu piłkarzy o zbliżonym profilu i parametrach, których możesz ściągnąć. Kilkunastu wolnych (czy po prostu dostępnych) trenerów o zbliżonych kwalifikacjach to jednak mrzonka, utopia. Czy nie jest tak, że możesz wykonać tytaniczną pracę, lecz na końcu i tak trzeba byłoby iść na ustępstwa, bo kolejni po Nielsie na liście ideałów pozostawaliby nieosiągalni, tymczasem kogoś wybrać trzeba?

Gdyby doszło do zmiany, wolałbym zatrudnić dziesiątego trenera z naszej listy, mając o nim pełną wiedzę i świadomość jego wad, niż kogoś z przypadku, kto po prostu zaimponował nam na rozmowie. Ciągły monitoring rynku daje nam ten komfort, że wiemy, czego się po danym szkoleniowcu spodziewać – przekonuje mnie Bartłomiej Grzelak.

Lech Poznań oczywiście nie zdradzi listy kandydatów, którzy mogliby przejąć zespół, gdyby rozmowy z Nielsem Frederiksenem potoczyły się nie tak, jak zakładano. Wśród tych, którzy byli wysoko notowani, nie było jednak polskich kandydatur. To ciekawe, bo wydawało się, że w pewnym momencie działacze z Wielkopolski puszczali między wierszami sygnały, że Adrian Siemieniec nie jest bez szans w kontekście ewentualnej pracy w klubie.

Trener Jagiellonii Białystok wynikami w Europie oraz Ekstraklasie zwrócił na siebie uwagę na rynkach zagranicznych, lecz nie będzie łatwo się przebić się w Belgii, Danii czy Holandii, bo nie czekają na niego najbardziej atrakcyjne projekty w tych krajach. Jednocześnie poprzedni sezon wykazał pewien regres pod względem danych, ale mówimy o prostym – w porównaniu z tym, czym dysponuje Lech – trendline StatsBomb.

Grzelak nie odkryje wszystkich kart odnośnie faktycznej wiedzy i podejścia działaczy Lecha do Siemieńca, ale komentuje ten wątek, rysując nieco szerszy kontekst.

Ich wskaźniki stopniowo wracają do średniej, ale to specyficzny przypadek. Jagiellonia miała Pululu i Imaza – graczy, którzy utrzymają piłkę pod presją w strefach największego zagrożenia, dając zespołowi czas na przesunięcie się na połowę rywala. Byli dla nich silnikiem: wykonywali najtrudniejszą pracę, a reszcie pozwalali grać bardziej ekonomicznie i oszczędzać siły. Przy łączeniu ligi z pucharami taka dwójka dawała zespołowi nie tylko przewagę taktyczną, ale i bezcenny oddech fizyczny.

Lech i niechęć do polskich trenerów. „Kluczem nie jest paszport, tylko konkretna wiedza”

Polska myśl szkoleniowa nie jest jednak pierwszym wyborem i pomysłem Lecha Poznań. To temat, który wraca, gdy rozmawiamy o trenerze, jego asystentach czy nawet specjalistach od konkretnych elementów gry, którzy dołączają do sztabu. Niemal zawsze słyszymy wtedy, że Lech prowadzi poszukiwania na rynku zagranicznym.
Szerokim echem w środowisku poniosły się słowa Piotra Rutkowskiego, gdy Lech gościł u siebie kursantów PZPN. Prezes dał wówczas do zrozumienia, że w Polsce nie ma trenerów, których potrzebuje jego klub. Ostatnio powtórzył to w wywiadzie dla Canal Plus Sport. W Poznaniu podkreślają jednak, że nie patrzą na to przez pryzmat narodowości.

– Kluczem dla Lecha nie jest paszport, tylko konkretna wiedza. Szukamy ludzi z odpowiednim warsztatem. 
Gdyby na polskim rynku był dostępny trener ze specjalistyczną wiedzą popartą praktyką, na pewno by u nas pracował. Ponieważ o takich fachowców jest trudno, szukamy na rynku międzynarodowym. Dokładnie tak samo, jak przy rekrutacji piłkarzy – mówi Bartłomiej Grzelak.

Zabiera się też za wyjaśnienie tego, co naprawdę kryje się pod kierunkiem zagranicznych wzmocnień sztabu trenerskiego Lecha.

– Razem z dyrektorem sportowym odpowiadam za budowanie bazy szkoleniowców i regularnie zderzamy propozycje agentów z naszymi danymi. Gdy menedżer przychodzi i przekonuje: «To najlepszy asystent w lidze, musicie go brać», my natychmiast weryfikujemy te słowa w praktyce. Siadamy do rozmów z kandydatami z Polski, ale też z Belgii, Anglii, Holandii czy Skandynawii. Na żywo różnice w merytoryce, warsztacie i rozumieniu nowoczesnych akcentów treningowych są od razu widoczne. Szukamy konkretów i bezpośredniego przełożenia teorii na pracę na boisku, a nie ogólnych haseł – dodaje.

Może to kwestia sprzedania samego siebie, ale Grzelak na podstawie własnych doświadczeń zauważa, że to kuleje. I także po to Lech tworzy tak drobiazgowe profile, żeby rozmawiać o detalach, dostać odpowiedzi na szczegółowe pytania, które stawia. „Masz liczby, chcesz mieć ich wyjaśnienie”.

– W rozmowach szukamy specyficznej wiedzy pod kątem intensywności i jej bezpośredniego przełożenia na trening. Zależy nam na intensywności w grze z piłką – w szybkości decyzji, zachowaniem pod presją, a nie tylko na samych parametrach biegowych. Wielu szkoleniowców mówi o intensywności, ale dla nas kluczowe jest to, czy dane z ich poprzednich klubów rzeczywiście to potwierdzają – stwierdza szef działu naukowego Lecha Poznań.

Piotr Rutkowski w Canal Plus Sport też zwrócił uwagę na konkretne różnice w myśleniu o piłce.

– Od wielu lat próbowaliśmy dojść do takiej intensywności, szybkości grania. Nie potrafiliśmy. Niels bardzo pomógł nam w prostopadłości, zdobywaniu terenu. To jest sposób trenowania i grania, który widzieliśmy w jego zespołach. Gotowość do podjęcia ryzyka w ofensywie, to było piękne. Pierwszy raz słyszeliśmy to od trenerów skandynawskich. Wcześniej słyszeliśmy, żeby nie tracić, bo będzie faza przejściowa, źle odbudujemy, będzie fatalnie. To zupełnie inne podejście do ryzyka, które sprawia, że się rozwijamy.

Łukasz Bortnik rozwija Lecha Poznań. Polski ekspert w sztabie klubu

Dla Lecha dowodem na to, że nie są uprzedzeni do Polaków, było zatrudnienie Łukasza Bortnika w roli head of physical performance. Gdy pierwszy raz pytałem w Poznaniu o to, kogo klub planuje obsadzić w jednej z najważniejszych ról w klubie – osoby odpowiedzialnej za planowanie rozwoju intensywności i przygotowania motorycznego – też słyszałem, że poszukiwani są fachowcy zagraniczni. Stanęło jednak na Bortniku, byłym pracowniku Hapoelu Beer Szewa i Legii Warszawa.
Dlatego, że Łukasz Bortnik ma wiedzę. Doktor Łukasz Bortnik, tak w zasadzie. Człowiek, który zdobywał doświadczenie na uznanych, zachodnich uczelniach, stworzył prace naukowe na temat faz przejściowych i różnic w parametrach fizycznych zawodników na poszczególnych pozycjach. Lechowi zaimponowało to, jak poza Polską oceniano jego kompetencje i pracę.

– Podczas rekrutacji zwróciliśmy uwagę na jego dorobek naukowy tworzony we współpracy z uznanymi w Europie ekspertami. Łukasz łączy wykształcenie akademickie z ciągłym rozwojem trenerskim. Kluczowy był dla nas jego doktorat, w którym precyzyjnie powiązał wymagania motoryczne z profilowaniem techniczno-taktycznym, a także bogate doświadczenie zebrane w klubach rywalizujących w pucharach – mówili mi poznańscy działacze, argumentując taki wybór.

Metody Łukasza Bortnika sprawdziły się, gdy Lech wiosną przechodził z gry na trzy dni do konkurowania tylko na ligowym podwórku. Wbrew pozorom jest to tak samo trudne, jak wejście w odwrotny rytm i także dzięki pracy head of physical performance oraz zrozumieniu i współpracy całego sztabu finisz sezonu wypadł tak dobrze, pewnie, wręcz świeżo. Mistrz Polski pierwszy tytuł okupił kontuzjami kluczowych piłkarzy, teraz, mimo znacznie większej liczby spotkań, takich problemów nie miał.
Za moment przekonamy się, jak sprawdziły się pomysły sztabu na lato, które musi wyglądać lepiej niż ubiegłoroczny start rozgrywek. Już wtedy jednak Lech Poznań odznaczał się dużą świadomością własnych słabości czy potencjalnych punktów zapalnych. Słyszałem wówczas o rosnącej istotności faz przejściowych i stałych fragmentów gry w Ekstraklasie przy grze na dwóch frontach. Zmieniono fachowca drugiego z wymienionych elementów, potem zrobiono to raz jeszcze, gdy efekty nie były zadowalające.

Obrona tytułu nie oznacza, że wszystko poszło idealnie. Lech nadal widzi pole do poprawy, lecz zadowolenie z dotychczasowej pracy Andy’ego Parslowa podkreśla nowy kontrakt dla Anglika. Problemy wizowe, które uniemożliwiły mu pełny udział w przygotowaniach, były niestety wkalkulowanym ryzykiem: klub nie mógł wcześniej rozpocząć pewnych procesów, bo dopóki umowa Frederiksena nie była dopięta i podpisana, istniała możliwość zmiany trenera, który mógł widzieć w tej roli kogoś innego.

Andreas Hagen – nowy Sindre w Lechu Poznań. Kulisy zatrudnienia asystenta trenera

O wkalkulowanym ryzyku mówimy także w przypadku mniejszej aktywności Sindre Tjelmelanda w ostatnich miesiącach pracy w klubie. Kluczowa postać w sztabie Nielsa Frederiksena formalnie pozostawała pracownikiem tylko i wyłącznie Lecha Poznań, lecz podpisany już kontrakt z Molde FK sprawiał, że asystent trenera wiódł podwójne życie. Nikt nie ma o to pretensji, bo w klubie uznano, że to wciąż lepsza opcja niż całkowita utrata Sindre.
Słowa uznania należą się jednak tym, którzy wzięli na siebie część obowiązków Tjelmelanda.

Wiosna to było 50/50. Dużo techniczno-taktycznych spraw przejął Hubert Wędzonka. To materiał na bardzo dobrego trenera, członka sztabu. Brał na siebie dużo rzeczy, czy to w meczach, czy na obozie w Abu Zabi, na którym z powodzeniem pełnił obowiązki nieobecnego z powodu choroby Sindre, cały sztab stanął wtedy na wysokości zadania. Hubert dużo rzeczy zrobił jednak sam – słyszę od ludzi z Lecha.

„Zrobił sam”, bo w Poznaniu asystent trenera to de facto… pierwszy trener. Tak w nomenklaturze wewnętrznej tytułowana jest prawa ręka Nielsa Frederiksena. Zakres obowiązków takiego człowieka to potwierdza. To właśnie ten aspekt pracy sprawił, że Lechowi udało się przekonać Andreasa Hagena do pracy u boku Duńczyka.

Opinia publiczna skupia się na pierwszym trenerze, ale w nowoczesnej piłce kluczowa jest rola asystentów. To od ich codziennej pracy zależy, czy zespół naprawdę realizuje na boisku to, co zaplanowano – zauważa Bartłomiej Grzelak. 

Hagen, który zdążył odnieść pierwsze sukcesy w samodzielnej pracy (Puchar Norwegii z Fredrikstad) został zachęcony tym, że będzie robił mniej więcej to samo, co dotychczas, tyle że w większej organizacji, u boku bardzo doświadczonego „szefa projektu”

Pierwszy asystent ma pod sobą sztab. Organizuje mikrocykl, dobiera środki treningowe, rozkłada akcenty. Nie podejmuje sam decyzji, ale ma na nie wpływ. Hagen wyskoczył bardzo wysoko na liście kandydatów – usłyszałem w Poznaniu.

W Lechu wprost mówią, że szukali asystenta, który pracował samodzielnie, bo to ktoś taki ma niezbędne kwalifikacje. Jedną z rozpatrywanych opcji był Frederik Birk, który odpadł z uwagi na sytuację rodzinną: nie mógł zostawić w Danii żony z dwuletnim dzieckiem. On też pełnił rolę „jedynki” – w Broendby IF. Trudno orzec, czyje notowania były lepsze: Birk pracował już z Frederiksenem, Hagen miał natomiast świetne referencje z Norwegii.
Nowy asystent Duńczyka był chwalony za pomoc Mikkjalowi Thomassenowi, uchodzi za analityczno-taktycznego geeka, świetnego właśnie w planowaniu pracy oraz egzekwowaniu założeń na treningach. Profilem osobowościowym, recenzją zarządzania szatnią, bardzo przypomina chwalonego za to w pierwszym mistrzowskim sezonie Tjelmelanda.

Firma doradcza i zagraniczny trener rezerw. Tak Lech prowadzi rekrutację trenerów

Temat rekrutacji asystenta był o tyle trudny, że i w tym przypadku trzeba było czekać na decyzję Nielsa Frederiksena. Nowy główny trener mógłby przecież ściągnąć najważniejszego pomagiera do sztabu ze sobą. Kontynuowanie współpracy też wiązało się z ukierunkowaniem poszukiwań na konkretne rynki czy wymagania Duńczyka. Lech potrzebował szczegółowej wiedzy, więc ponownie zwrócił się do firmy, która pomagała w rekrutacji głównego trenera.

To jednak wątek, który należy trochę odkłamać – co zresztą w Poznaniu próbują robić. Narracja według której rola zewnętrznych ekspertów była kluczowa w całym procesie, jest zdecydowanie przesadzona.

To usługa o charakterze doradczym. Określiliśmy kryteria, parametry i firma, która ma dobrą prospekcję rynku, pomogła wyłowić kandydatу – było ich około trzydziestu. Reszta to nasze działania. Tutaj zadziałał nasz dział naukowy, który po analizie zaprezentować pięciu, sześciu z nich i tutaj już mieliśmy konkretne spotkania. Chcemy po prostu zwiększyć prawdopodobieństwo właściwego wyboru – mówił Weszło Karol Klimczak.

Bartłomiej Grzelak, szef działu naukowego, precyzuje, w czym konkretnie przydaje się pomoc takiej firmy:

To nie jest tak, że nie radzimy sobie sami. Robimy szczegółową analizę rynku, ale skoro są narzędzia, by zdobyć przewagę, to z nich korzystamy. Nie mamy bezpośredniego dostępu do każdej zagranicznej szatni, z której firma doradcza jest w stanie wyciągnąć twarde informacje. Moglibyśmy polegać tylko na prywatnych relacjach, ale w piłce to zbyt niepewny grunt.

Z perspektywy Lecha ocena firmy zewnętrznej jest po prostu jednym z etapów całego procesu, nie głównym źródłem wiedzy czy czynnikiem decydującym o wyborze. Klub współpracował z nią także w przypadku rekrutacji trenera rezerw, którym został Joop Oosterveld. Postawienie na obcokrajowca nawet na czwartym poziomie rozgrywek brzmi odważnie, ale znów – chodzi o wiedzę.

Oosterveld był prawą ręką dyrektora akademii PSV Eindhoven, Ernesta Fabera. Koordynował pracę trenerów i całe roczniki. Ciekawym aspektem jego pracy w Holandii było przerzucenie odpowiedzialności za rozwój na zawodników, którzy prowadzili własne zeszyty z opisem celów, treningów i wybierali swoich mentorów. Holender trafił potem do BK Hacken, gdzie odpowiadał m.in. za proces przejścia z piłki młodzieżowej do seniorskiej, nad czym chce pracować Lech.

Młodzi zawodnicy nie mogą tracić czasu, dlatego stale monitorujemy proporcje ich występów meczowych do jednostek treningowych. Musimy mieć jednoznaczne wskaźniki, by nawet najbardziej utalentowany gracz spędzał odpowiedni procent czasu w treningu na właściwej intensywności i realizował wyznaczone cele – tłumaczył Bartłomiej Grzelak, gdy pytałem go o proces wdrażania talentów z akademii do pierwszej drużyny.

Nowi fachowcy w strukturach klubu. Rozwój działu analiz i „trener” AI

Lech zatrudnił więc kogoś więcej niż trenera, jego rola będzie szersza niż tylko prowadzenie drużyny. Od kilku miesięcy trwał też nabór na trenera motorycznego dla drugiego zespołu, którym został Tamas Kovacs, wieloletni pracownik węgierskiej federacji. Struktury akademii, rezerw i pierwszej drużyny zrobiły się bardzo międzynarodowe, ale to nie koniec.
Dział naukowy Bartłomieja Grzelaka też prowadzi rekrutację na rynkach zagranicznych, zerka na dostępność ekspertów w temacie z Anglii. Piotr Rutkowski zainspirowany filozofią Tonym Bloomem (Brighton, Hearts, Union S-G) postanowił powiększyć ten segment o dwóch czy trzech kolejnych pracowników. Jeden ma zająć się łączeniem wideo z danymi dla pierwszego zespołu.

W Poznaniu pion sportowy wspierają już nawet narzędzia AI. Grzelak pokazał mi agenta AI operującego na bazie danych motorycznych Lecha, który na czacie WhatsApp opisuje proces treningowy.

Pierwsze próby za nami, w tym sezonie wchodzi to w życie. Działa to w ten sposób, że piszesz na czacie zapytanie o informacje np. jak wyglądała ostatnia sesja treningowa, on od razu odpowiada, odsyła streszczenie najważniejszych informacji. Wiesz, jak wyglądał dzień w stosunku do obciążeń meczowych, do wcześniejszych treningów. Przykładowo dyrektor czy prezes mogą w moment uzyskać online wszystkie kluczowe informacje – wyjaśnia.

Sam dział przygotowania fizycznego został wzmocniony już wcześniej. Czterech trenerów, eksperci od pracy siłowej, fachowcy od pracy z zawodnikami kontuzjowanymi, procesu powrotu na boisko. Drugi zespół i akademia też będą korzystali z tych rozwiązań.
Dawno nie było w Polsce klubu, o którym powiedzielibyśmy, że jest tak uzbrojony w wiedzę jak Lech Poznań. Nie oznacza to, że mistrz znajduje się na prostej ścieżce do wieloletniej dominacji, bo gdyby sama wiedza i kompetencje wystarczały do zostania hegemonem, piłka nożna byłaby nudna, przewidywalna.
Możemy jednak ocenić w ten sposób gotowość do sezonu, rozwoju, do realizacji swojej strategii. Lech Poznań zbudował najsilniejsze struktury w tym kraju i stworzył podwaliny do kolejnych sukcesów. Nawet jeśli nie przyjdą one od razu, nie będzie można powiedzieć, że to wszystko nie miało sensu.

https://weszlo.com/lech-poznan-i-rekruta...deriksena/
 
Odpowiedz
#25
"Chcemy wejść na europejski poziom". Lech Poznań zdradza plany na rozwój "domu". Rozmowa z dyrektorem ds. inwestycji i infrastruktury"

Laserowe show na stadionie przy ulicy Bułgarskiej? To jeden z wielu elementów, które w najbliższym czasie zmienią się w infrastrukturze klubu. Ma być więcej boisk oraz udogodnień dla piłkarzy i kibiców. Wszystko jest jednak zależne od pieniędzy. - Działamy w ramach okien pogodowych, czyli jak wejdziemy do fazy ligowej rozgrywek europejskich, to projekty nam się otwierają - mówi w rozmowie z Głosem Wielkopolskim - Michał Kokotek, dyrektor ds. inwestycji i infrastruktury Lecha Poznań.

Co przedłużenie umowy dzierżawy do 2041 roku zmieni na najbliższe lata? 
Jako Lech staramy się być klubem odpowiedzialnym i planować pewne rzeczy. To tyczy się również projektów w najbliższych latach. Wiemy, jakie są nasze potrzeby, a wraz z sukcesami zespołu pojawiają się okna pogodowe. Nasze zadanie jest takie, żeby to wszystko przewidzieć, a jak pojawia się możliwość, żeby to realizować. Umowa do 2041 roku pozwala na odpowiednie wydatkowanie tych środków i poszerzanie naszych możliwości. Zarówno te środki jak i dotacje są uwarunkowane czasowo. Musimy pamiętać, że nasza infrastruktura jest bardzo istotna, jeśli chodzi o Poznań, ale że też posiadamy infrastrukturę poza naszym miastem we Wronkach. Natomiast dziś priorytetem jest rozwój wszystkiego wokół stadionu i strefy sportowej dla akademii czy dla pierwszego zespołu - stricte w Poznaniu. Plus oczywiście element stadionowy, czyli kibice i odczucia meczowe. 

W kontekście życia codziennego piłkarzy w Poznaniu. Co się dla nich zmieni? Wiemy, że będzie dookoła bardziej zielono, ale to jest sprawa miasta, która dla zawodników nic nie zmienia... 
Mamy w planie kolejne boisko dla pierwszego zespołu zlokalizowane przy stadionie. To używane dzisiaj jest na dobrym poziomie, ale chcemy, żeby było na tym europejskim. 

Jaka jest różnica między dobrym a europejskim poziomem? 
Dobry poziom to taki, gdy murawa jest faktycznie z zewnątrz ładna i przyjemna. Dbanie o nią i koszty utrzymania tej murawy są zupełnie inne w momencie, kiedy jest odpowiednie podłoże, odwodnienie, nawodnienie. Posiadamy je w średnio dobrym modelu a chcemy, żeby były w bardzo dobrym. Pojawiają się też większe potrzeby motoryczne zespołu, więc przydałoby się zaplecze przy stadionie. To coś, co wcześniej mieliśmy w planach, a dzisiaj wiemy, że chcemy to realizować, jeśli chcemy wejść na europejski poziom. A chcemy.  

Czy jeśli chodzi o samą infrastrukturę - Lech jest na poziomie Ligi Mistrzów? Czy bardziej Ligi Europy, bądź jeszcze Ligi Konferencji?  
Nie mamy się czego wstydzić. Są oczywiście obszary, które chcemy polepszyć. Podoba mi się ta nasza wielkopolska pragmatyczność w podejściu do sprawy. Nie robimy czegoś na pokaz, tylko każde rozwiązanie faktycznie ma się sprawdzać w praktyce. Tak samo jak z naszym ośrodkiem we Wronkach. My go nie budowaliśmy, żeby wyglądało efektownie jedynie od zewnątrz, tylko żeby spełniało najważniejsze potrzeby. 

Także, jeśli chodzi o murawę na Enea Stadionie... 
Od 2024 roku wymieniliśmy ją pięć razy i za każdą murawę poza ostatnim koncertem Dawida Podsiadło płaciliśmy z naszej kieszeni.  

Czy macie możliwość powiedzieć np:. "dwa koncerty okej, ale trzeci już nie"? 
Mamy. Jesteśmy na stałe w kontakcie z osobami ze Stadionu Poznań. Mamy wspólne spotkania, tworzymy kalendarze. Wszystko poza rozgrywkami jesteśmy w stanie dopasować. Rozgrywki to jest coś, co jest nienaruszalne. To naprawdę skomplikowany proces, żeby to wszystko połączyć z brakiem straty dla pierwszego zespołu, a z drugiej strony, żeby dać ludziom możliwość spędzania czasu na stadionie w Poznaniu, na koncertach i innych wydarzeniach. 

Czujesz, że jeśli chodzi o dbania o te wszystkie szczegóły, to jest bardziej jak we własnym domu, gdzie wymieniasz parkiet, bo się już użył. Wymieniasz okna, bo są nieszczelne. Czy bardziej ten stadion jest jak taki wypożyczony dom? 
Zdecydowanie traktujemy to jako coś przyszłościowego, choć stricte nie wymieniamy elementów, bo coś się zużyło. Zdarzają się takie sytuacje, choć nasz proces polega na tym, że my nie chcemy wymieniać czegoś, jak już jest zepsute, tylko chcemy o to tak dbać, żeby wiedzieć, kiedy straci swoją użyteczność. Identyfikujemy te problemy wcześniej. Mamy za chwilę do zrobienia oświetlenia wokół stadionu na boiskach treningowych, bo ma ono swoje lata. Posiadamy boisko ze sztuczną murawą, które tu też jest od wielu lat. Działamy w ramach okien pogodowych, czyli jak wejdziemy do fazy ligowej rozgrywek europejskich, to projekty nam się otwierają. 

Co zmieni ewentualne wejście do fazy ligowej europejskich rozgrywek, jeśli chodzi infrastrukturę?   
Na pewno poziom tej infrastruktury i dostępność. Dziś mamy trzy boiska, będziemy mogli mieć ich sześć. Jeśli awansujemy do fazy ligowej w Europie, to reinwestujemy od razu te środki w infrastrukturę. Ten sam schemat był w latach ubiegłych. Reinwestowaliśmy m.in. w akademię. Rocznie inwestujemy mnóstwo pieniędzy w utrzymanie naszych obiektów. 

Ile mniej więcej kosztuje was utrzymanie? 
To jest ok. 15 milionów złotych rocznie za utrzymanie Wronek i wszystkich obiektów, które użytkujemy. Do tego należy dodać teraz ponad dwa miliony z umowy dzierżawy, plus inwestycje dodatkowe. Oprócz nowych boisk, chcemy wybudować mały “orlik” przy stadionie, który będzie otwarty dla społeczności lokalnej. Reszta boisk jest wykorzystywana m.in. na szkolenie naszej młodzieży. Zajmiemy się też infrastrukturą towarzyszącą dla samego pierwszego zespołu. Do remontu pójdzie strefa motoryczna wewnątrz stadionu, bo rozwijamy to, jak chcemy pracować z zawodnikami. Wiemy, co jest potrzebne do regeneracji dzisiaj, a co było kiedyś. To wszystko trzeba dostosować. Wiadomo, jak to jest jak się w domu robi remont. Kiedyś zrobiłeś pokój, a dzisiaj chcesz zrobić z tego biuro. 

Wspominałeś mi o ankietach, które wysyłacie do kibiców. Co ludzie wskazują jako najważniejsze miejsce do poprawy. Czy połączenie z internetem... 
Dziś to standard, że każdy ma ten telefon na stadionie. Dla nas połączenie z internetem jest ważne również pod kątem pracy podczas meczów. Więc te wyzwania dotykają dodatkowych komplementariuszy. Kibice wskazują także do poprawy odczucia podczas ligowych oraz europejskich spotkań. Dużo kibiców podróżuje po świecie gdzie na stadionach widzą grę świetlną przed meczem i chcieliby widzieć podobną oprawę u nas. Będziemy to niebawem realizowali. 

Opowiem anegdotkę. Mieszkałem chwilę w Anglii i z żoną poszliśmy na mecz Manchesteru City w Lidze Mistrzów. Żona była pierwszy raz na takim spotkaniu. Siada na trybunach i nagle gasną światła. Zaczyna się laserowe show. Gdzieś na stadionie ukazuje się didżejka. Myślała, że zabrałem ją na koncert. Czy właśnie takiej oprawy przedmeczowej, możemy spodziewać się na Lechu? 
To kierunek europejski, który cenimy i pewne rzeczy obserwujemy, tak jak ci wspominałem podczas podróży razem z pierwszy zespołem. Zdecydowanie tak, chcemy coś takiego przy Bułgarskiej. Pewnie zrobimy takiego infrastrukturalnego “maksa”, że będą mogły być lasery, confetti i wszystko inne elementy. Natomiast czy to będzie wykorzystywane na każdym meczu? Na pewno podczas wydarzeń szczególnych, takich jak zdobycie mistrzostwa Polski i przy innych okazjach europejskich. Oczywiście, o ile te rzeczy nie są ograniczone przez organizatora rozgrywek. Tak bezpiecznie powiem, że w perspektywie roku to powinno się pojawić, a przy sprzyjających okolicznościach szybciej. 

Wspomniałeś, że w twoim zawodzie trzeba patrzeć lata do przodu. Jak przewidzieć przyszłość? Czy nadal jest tak, że wystarczy spojrzeć na zachód, żeby wiedzieć jak, to będzie wyglądało za dziesięć lat u nas? 
Po pierwsze własne doświadczenia, a po drugie wiedza, którą zdobywamy. Każdy z nas uczy się codziennie czegoś nowego. Na co dzień w każdym dziale wymieniamy się informacjami z innymi osobami, z różnych klubów i działów. Chodzi po prostu o nieosiadanie na laurach i brak poczucia, że wiemy już wszystko. To jest chyba klucz. Dodatkowo dochodzi wewnętrzna odpowiedzialność i poszukiwanie nowych rozwiązań. W każdym meczu europejskim prezesi zaznaczają, że jedziemy tam, aby wyciągnąć coś dla Lecha.  

Gdzie był twój ostatni wyjazd podczas gry w Europie?  
Byliśmy w Madrycie. Rayo Vallecano. 

To raczej wy mogliście im mówić, jak to u was wygląda, a nie oni na odwrót... 
To jest trochę zaskakujące, że zespół z ligi top pięć dysponuje tak odmienną infrastrukturą od nas, ale to też potwierdzenie, że infrastruktura nie gra, nie ona wychodzi na boisko. 

A jaką najważniejszą lekcję pod względem infrastruktury wyciągnąłeś od Rayo Vallecano? 
Rayo ma ogromny projekt, jeśli chodzi o zaplecze treningowe, ale mierzą się z problemami ze strony władz miasta, bo są dopiero trzecią siłą w Madrycie. 

Czyli jak drużyna za Lechem i Wartą w Poznaniu... 
Można dostrzec dużą różnicę. Mierzą się z dużymi problemami, ale wiedzą, że ta infrastruktura jest niezwykle istotna pod kątem dalszego rozwoju. Już osiągają pewne sukcesy, ale chcą więcej. To są takie momenty, w których doceniasz miejsce, w którym jesteś. Patrzysz, co możesz jeszcze wyciągnąć lub jedziesz później na wycieczkę na stadion Realu Madryt i to już w ogóle jest jakiś... 

Kosmos
Dokładnie. Miejmy nadzieję, że uda się awansować do fazy ligowej Ligi Europy i pojechać na spotkanie w dużym klubie i dowiedzieć się kolejnych nowych rzeczy. Tylko że naszym celem nie jest to, że my pojedziemy i zobaczymy np. jaki dany klub ma ośrodek, czy są tam złote klamki i tak dalej. My do tego nie dążymy. Dążymy do tego, żeby zobaczyć, jakie mają boiska dla pierwszego zespołu, jaką technologią dysponują i jak ją zastosować. Chociaż na jednym, dwóch boiskach.

A kiedy mniej więcej powstaną nowe boiska przy stadionie od strony ulicy Ptasiej? 
To są właśnie te okna pogodowe. 

Dzisiaj pada (śmiech). 
Ale w deszczu też robimy. Z projektami strategicznymi jesteśmy gotowi na okna, niektóre pozostałe, wymagające pilnej reakcji już realizujemy.  

Czyli rozumiem, że czas na decyzję będzie, gdy będzie wiadomo czy deszcz Ligi Europy będzie padał w Poznaniu? 
Nie ograniczałbym tego tylko do Ligi Europy, ale ogólnie do europejskich pucharów. Znamy nasze potrzeby i mamy plan. 
 
A jak ta infrastruktura przekłada się na rozwój talentów piłkarskich? Chłopacy z Brazylii, którzy kopali w fawelach, nagle wychodzą na największe stadiony na świecie, a tak naprawdę kopali piłkę na ulicy... 
Myślę, że wpływ infrastruktury jest znaczący. Musimy pamiętać o tym, że to nie chodzi tylko o polepszenie tych możliwości treningowych, ale też o polepszenie warunków zdrowotnych zawodników. Dzisiaj dzieciaki szybciej zaczynają grać w piłkę profesjonalnie. Są zajęcia sportowe od trzeciego roku życia. Dziecko, które ma sześć lat ma piłkę przy nodze od trzech lat. Wcześniej trenowało się na betonowych boiskach, potem pojawiały się problemy ze stawami i inne negatywne reperkusje. Dzisiaj technologia pomaga nam w tym, żeby dbać lepiej o zawodnika, o jego regenerację. Wiadomo, że my za młodu kopaliśmy na boiskach, gdzie przez środek boiska przebiegała wydeptana ścieżka. Każdy z nas tak grał. Pewnie zawodnicy, którzy grali w Ekstraklasie, też na takich boiskach grali. 

Wystarczyło podwórko, dwa drzewa lub trzepak... 
Dwa drzewa albo dwa kamienie i się grało. Dzisiaj piłka europejska stawia jednak inne wymagania, a jak chcemy do niej dążyć, no to już nie wystarczy. Dzisiaj dążymy do Europy. Sprawdźmy sobie, jak wyglądały boiska na zachodzie 15 lat temu. Były sztuczne murawy na super poziomie. My dzisiaj naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Jak przyjeżdżają do nas kluby z Europy, to przedstawiciele chcą zobaczyć akademię we Wronkach. Nie ma złotych klamek, bo ich nie potrzeba. Najważniejsze, że wszystko możemy tu zrobić pod kątem rozwoju. Aarhus też przyjechało i kadra menadżerska tego klubu pierwsze co zrobiła po wylądowaniu, to udała się do Wronek, bo chciała zobaczyć akademię. Wieść o niej roznosi się po świecie. My też jeździmy po Europie, odwiedzamy różne ośrodki, byliśmy na przykład w Red Bull Lipsk, Borussii Dortmund czy w Bayernie Monachium. Te kompleksy są ogromne, przepiękne, ale my się ich pytamy: a co zrobiliście źle? Co było waszym błędem? 

I mówią? 
Mówią i to jest właśnie duża wartość. My też się tym dzielimy, jak ktoś do nas przyjeżdża do Wronek. 

A więc, co źle zrobiliście? 
Może nie, że źle, ale po prostu nie było to na nasze potrzeby. Przykładowo zaplanowaliśmy strefy dostępu, ponieważ mieliśmy inną wizję tego, jak zawodnicy będą przebywać we Wronkach. Życie to zweryfikowało. 

Mówisz o błędach przy budowie we Wronkach. Stadionu własnymi rękoma i pieniędzmi nie budowaliście. Jakie błędy tu popełniono? 
Daleki jestem od tego, żeby mówić o kimś innym źle. To takie typowe dla naszej branży, że najpierw pytam się kto to Panu tak zepsuł. Ja taki nie jestem. Powiem inaczej. Dostosowałbym ten obiekt do dzisiejszych czasów. Ten obiekt być może był na tamten moment odpowiedni, spełniał wszelkie potrzeby. Natomiast my się dzisiaj mierzymy z wieloma innymi wymaganiami, jeśli chodzi chociażby o dbanie o murawę. Nie tyczy się to tylko nas, przykładowo Real Madryt dysponujemy systemem wychodzącym spod murawy. 

Rozumiem tego się nie da tutaj już teraz zrobić. 
Nie ma opcji. To z naszej perspektywy zupełnie nieopłacalna inwestycja. Natomiast trzeba jasno przyznać, że poznański kibic może być dumny z tego, w jakim miejscu jest Lech. A jak my jedziemy reprezentować go na arenie międzynarodowej, to ludzie doceniają nie tylko, jak gramy, ale też doceniają kibica poznańskiego. Przyjeżdżają na Bułgarską widzą naszych kibiców i mówią "wow". Oni przyjeżdżają i czują świetną atmosferę stadionu. Właśnie to sprzedajemy w świat. Chcemy też zmieniać wspólnie ze Stadionem Poznań udogodnienia pod kibiców, żeby poszedł po piwo, kiełbasę z grilla i żeby udało mu się to sprawnie kupić. 

Zaczęliśmy od umowy dzierżawy i skończmy umową dzierżawy, która potrwa do 2041 roku. San Siro, Santiago Bernabeu i inne stadiony. Obojętnie jak dobrze je zaprojektujesz, to po iluś latach okazuje się, że ten najwyższy poziom jest jeszcze wyższy. Przez ile lat stadion przy Bułgarskiej będzie spełniał potrzeby Lecha Poznań, który załóżmy będzie niebawem w Lidze Europy, a ilość kibiców, którzy chcieliby być na spotkaniu - urośnie. 
Nasza perspektywa sportowa i ambicje są znane. Wiemy, gdzie chcemy grać. Wierzę, że stale przychodzić na Lecha będzie więcej osób. Przekroczyliśmy średnią frekwencję ponad 30 tysięcy na mecz. To jest super wynik, ale wciąż mamy rezerwy. Tu naprawdę jest, co robić. Skupmy się na tym, żebyśmy dziś stworzyli odpowiednie, w pełni komfortowe miejsce dla kibica. Dla tych 41 tysięcy. Żeby stadion był naprawdę tym miejscem, do którego chcą przychodzić. 

https://gloswielkopolski.pl/chcemy-wejsc...QEWUwtihxg
 
Odpowiedz
#26
Rozmowa Justyny Krupy (Wirtualna Polska) z Pablo Rodriguezem

- Po ligowym zwycięstwie nad Wieczystą padliście na murawę, jakbyście poczuli ulgę i zeszły z was wszystkie emocje z ostatnich dni.

- Jesteśmy profesjonalistami. Gramy teraz co trzy - cztery dni. Na pewno to, co się wydarzyło wcześniej z Aarhus dotknęło nas w pierwszej kolejności, poza kibicami. Jednak jesteśmy zawodowcami i musimy umieć podnieść głowy po takiej porażce. Musimy wychodzić na boisko, by wygrywać. Jesteśmy w końcu mistrzem Polski, musimy bronić tego tytułu.

- Te dni po porażce z Aarhus były dla was jednymi z najgorszych dni w karierze? Spadła na was potężna dawka krytyki.

- Nie czytałem żadnych wiadomości zawierających krytykę. Spędzałem ten czas z rodziną. Dla mnie osobiście ta porażka była wielkim ciosem. Marzyłem, by zagrać w Lidze Mistrzów. Pracowałem po to, by to osiągnąć. Życie jednak da człowiekowi kolejne szanse. Nie opuszczę tego klubu, póki Lech nie będzie mógł grać w Lidze Mistrzów. Będziemy teraz walczyć o grę w Lidze Europy. To też byłby przecież krok do przodu w stosunku do zeszłego sezonu, kiedy to rywalizowaliśmy w Lidze Konferencji. Będziemy też walczyć w lidze o obronę tytułu mistrzowskiego. Chcę zapewnić, że zespół jest super skoncentrowany i zmotywowany przed nadchodzącym starciem z Klaksvik, mimo tego ciosu, który otrzymaliśmy.

- W przeszłości niejeden polski klub po porażce w eliminacjach Ligi Mistrzów wpadał w mentalny dołek. Sztuką jest umieć zresetować się mentalnie po takim niepowodzeniu, kiedy natychmiast czeka was kolejne wyzwanie - eliminacje Ligi Europy.

- Tak, ale jeśli chcemy mieć mentalność zwycięzców, musimy koncentrować się na wygrywaniu każdego kolejnego meczu. W poprzednim sezonie też mieliśmy trudniejsze momenty, a potrafiliśmy się po nich ponieść. Przeszłości i tak nie zmienisz, możesz kontrolować tylko teraźniejszość i dzięki temu - przyszłość. Ja też nie spałem po tej porażce, jak każdy. Jednak to, co człowieka definiuje to umiejętność podniesienia się po przegranej. Porażki ostatecznie wzmacniają.

- Trafił pan do Poznania w 2025 roku, ale w przeszłości grał pan m.in. w drużynie Realu Madryt do lat 19. Współpracował pan tam z Raulem Gonzalezem, dawną gwiazdą "Królewskich" i kadry Hiszpanii. Real ostatnio eksperymentował z trenerami na dorobku, może któregoś dnia powinien dać szansę poprowadzenia pierwszej drużyny także Raulowi? Jak pan wspomina go jako szkoleniowca?

- Dla mnie był wielkim mentorem. Zaufał mi, bardzo mi pomógł. Zwłaszcza, że byłem mały, drobny. Dawał mi cenne rady. Jako zawodnik zdobył dla Realu multum bramek. Nie ma lepszego kandydata na trenera od niego, by przekazywać wartości i tożsamość Realu Madryt. Na pewno warto byłoby kiedyś dać mu szansę poprowadzenia pierwszej drużyny. On jednak na pewno podchodzi do tego spokojnie. Może taka szansa nadejdzie dla niego, a może nie. Tak czy inaczej uważam, że to świetny trener. Jako zawodnik miał potężną charyzmę, ma ją także jako szkoleniowiec. Jeśli nie w Realu, to na pewno w innym klubie się sprawdzi.

https://sportowefakty.wp.pl/pilka-nozna/...-w-europie
 
Odpowiedz
  


Skocz do:


Browsing: Luqu, 2 gości